„EUXINOS PONTOS” ZNACZY MORZE GOŚCINNE

W Morzu Czarnym o powierzchni 420 000 km2 żyje około 160 gatunków ryb, a bogactwo pożywienia w jego północnej i północno-zachodniej części przyciąga ryby z południa i od strony Morza Marmara. Gdy wody zaczynają się oziębiać, ryby płyną z powrotem. Tak więc przy bułgarskim wybrzeżu czarnomorskim łowi się wiosną i jesienią najwięcej tych „wędrujących” ryb, jak tuńczyk, skumbria, jesiotr. Wody Morza Czarnego nie stwarzają dogodnych warunków dla rozwoju większych ryb. Dwie są tego przyczyny: małe zasolenie powierzchni (17,5 promille, od 50 m głębokości do 2000 m — 22,5 promille) oraz skład wody. Na głębokości 200 m z powodu braku tlenu powstaje siarkowodór; dlatego poniżej krytycznej głębokości prawie zupełnie brak życia. Naukowe instytuty do spraw rybołówstwa w Warnie i Sozopolu troszczą się o utrzymanie go w Morzu Czarnym, które powoli wysycha. Trudne to zadanie, ponieważ wbrew umowie tureccy rybacy zakładają wiosną sieci przy Bosforze niszcząc młody narybek.
Na razie ryby nie są rzadkością na stołach tego kraju. Oczywiście największym wyborem dań z ryb dysponują restauracje specjalizujące się w tej dziedzinie. Jak zwykle w takich przypadkach, odpowiedni wystrój wnętrza jest naturalnym uzupełnieniem sztuki kulinarnej prezentowanej przez mistrzów patelni. Z prawdziwą przyjemnością chodziłyśmy więc do restauracji „Morski Drakon” w Warnie, gdzie wśród porozwieszanych na ścianach kół sterowych i kotwic, w kącikach oddzielonych rybackimi sieciami, świeżutkie ryby, jakby właśnie dopiero co złowione, miały wyśmienity smak. Tutaj najczęściej brałyśmy jakąś rybę ze „skary”. Ten bardzo prosty sposób przyrządzania ryb jest w bułgarskich restauracjach niezwykle popularny. Zresztą chyba tylko tak opieczona ryba zachowuje w pełni swoje wartości smakowe. Oczyszczoną, umytą i posoloną wewnątrz i z zewnątrz rybę kładzie się w całości na mocno rozgrzanym i nasmarowanym tłuszczem ruszcie. Gdy zrumieni się z obu stron, podaje się ją na półmisku z ćwiartkami cytryny i masłem.
Gdy na temat ryb czarnomorskich rozmawiałyśmy z naszymi przyjaciółmi, wstyd nam po prostu było się przyznać, że nad staranną stylizację „Rybackiej Wioski” w Złotych Piaskach albo „Pirackiego Statku” w Słonecznym Brzegu, w których to lokalach od mnogości rybnych propozycji dostać można zawrotu głowy, przedkładałyśmy pewien mały, niepozorny kiosk na warneńskim targu. Przy każdym niemal pobycie w Warnie biegłyśmy na targ, aby w porę ustawić się w kolejce przed okienkiem, gdzie codziennie przywożono transport „pyrżena riba”. Te gorące jeszcze, usmażone na oleju, a maleńkie jak kiełbiki rybki, jadłyśmy potem wprost z papierowych torebek, siedząc na jakichś schodkach między rozłożystymi Cygankami i ich licznym potomstwem. Może właśnie odrobina targowej egzotyki, a może to pozbawione wszelkiej pompy konsumowanie małych, chrupiących rybek pozwoliło nam naprawdę rozsmakować się w przysmakach właściwych portowemu miastu.